Suwaczek z babyboom.pl

piątek, 17 maja 2013

Daleko pada jabłko...

No właśnie - wbrew przysłowiu jabłka czasem padają baardzo daleko. Fizycznie mój syn w ogóle nie jest do mnie podobny. Nic a nic. Ani z oczu, ani z włosów, koloru skóry, układu twarzy - no nic normalnie. Aż mnie to czasem wkurza :)
Ale jest też między nami jedna śmieszna różnica - że tak to ujmę, temperaturowa. Mnie jest wiecznie zimno. Kiedy wstaję rano, zakładam NATYCHMIAST bluzę i skarpetki, nawet jeśli w domu jest ogólnie ciepło. Uwielbiam się przykrywać w nocy. Jeszcze lepiej - zawijać szczelnie w kołdrę. Najlepiej z głową. Nawet w lato lubię się czymś przykryć, choćby cienkim kocem.
Co innego Tymul. On rano po wstaniu po pierwsze ściąga spodenki, żeby mieć gołe nogi. O skarpetkach w domu nie ma mowy, nawet w zimie. Najchętniej w ogole latałby goły, ale mamusia zmusza go do noszenia bodziaka albo koszulki. W nocy musi spać odkryty. Całkiem. Kiedy tylko poczuje na sobie kołderkę, wykopuje ją z furią, jęcząc przy tym przez sen. Kiedy już się wykopie, uspokaja się szczęśliwy. Żadne zimno mu niestraszne.
Ech, czy to aby na pewno mój syn? ;)

środa, 15 maja 2013

Babcia

Nie wiem czemu, ale mam w głowie taki obraz: siwa staruszka, uczesana w koczek, dobrotliwie częstująca wnuczki czekoladą albo siedząca w bujanym fotelu i robiąca na drutach :) Nie wiem czemu, bo moja własna babcia (ta bliższa mi - mama mamy) nie ma z tym obrazkiem nic a nic wspólnego...
Moja babcia była niekonwencjonalna. Mała brunetka w szpilkach, zawsze starannie uczesana. Paliła jak smok i wypijała hektolitry kawy, którą uwielbiała. Miała trzech mężów, a za ostatniego wyszła już po sześćdziesiątce. Za młodu przepłynęła wpław Wisłę, mam też Jej przedwojenne zdjęcie, na którym jest na nartach... w spódnicy. Kochała Kraków i góry - wszystkie, ale najbardziej Tatry. Pamiętam jeszcze brązowe "pionierki", w których chodziła w góry, zresztą do starości. Zaraziła mnie tą miłością, uwielbieniem dla widoków, przestrzeni, skał.
Umiała zarażać - swoimi zainteresowaniami, przekonaniami, entuzjazmem. Była osobą pełną uroku, która przyciągała do siebie ludzi, choć nie miała wcale łatwego charakteru. Raczej włoski temperament, ze skłonnością do ognistych awantur.
Kiedy dziś ją wspominam, myślę sobie, że kochała życie i sama była jego uosobieniem. Chyba dlatego tak uwielbiała maj, z najbujniejszą trawą, z kwiatkami, bzem, tysiącem zapachów. W maju życie aż kipi, tak jak kipiało w niej samej. Uwielbiała też nowe życie - dzieci, kurczątka, kaczuszki, szczeniaki... Zachwycała się jak dziecko :) Pamiętam jak specjalnie dla mnie kupiła na Kleparzu malutką żółtą kaczuszkę (żywą rzecz jasna) i hodowała ją na balkonie w bloku na 6 piętrze. Kiedy kaczka osiągnęła odpowiedni wiek, należało ją niestety uśmiercić i zjeść, i tu oczywiście był dramat... Dziś wydaje mi się to tak absurdalne, że aż ciężko uwierzyć, ale świetnie oddaje osobowość mojej Babci.
Co roku wspominam ją właśnie 15 maja, w jej imieniny, tak zwaną "zimną Zośkę", choć w tym roku na szczęście pogoda przeczy tej nazwie. Nie 1 listopada, kiedy za oknem dominuje szarość, nie zimą, w rocznicę śmierci, ale właśnie w samym środku zielonego, kipiącego życiem i pachnącego bzem maja, który tak kochała.
I tak żałuję... Że nie zdążyła poznać mojego męża i zachwycić się moim małym synkiem. I że oni nigdy nie poznają Jej.