Ostatnio było o tym, że Tymulec w ogóle nie jest do mnie podobny. Otóż dziś utwierdziłam się w przekonaniu, że jedna rzecz nas jednak łączy. Jedzenie, a właściwie smaki. Synu uwielbia owoce. Zjada wszystko, bez opamiętania. Nawet kwachowate truskawki mu nie straszne. Otrzepuje się wprawdzie prześmiesznie, ale zaraz żebra o następną. Kocha winogrona - zupełnie jak ja :) Warzywkiem też nie pogardzi, i to na 100% ma po mnie, bo małżon mój nieszczególnie warzywny.
Dziś jednak zyskałam pewność, że to naprawdę, na bank moje dziecko i żadna szpitalna podmiana nie wchodzi w grę. A to za sprawą... bryndzy. Owczej. Bryndza jak wiadomo ma raczej ostry smak i pewnie nie każdemu dziecku podejdzie. Ponieważ jednak synu domagał się tego samego, co jadła mamusia, posmarowałam mu kanapkę bryndzą. Bryndza została podejrzliwie nabrana na paluszek, wsadzona do pycha i... Tymul oszalał. Zlizał wszystko w tempie ekspresowym, wyżebrał więcej, pożarł i począł dalej żebrać o dokładkę. Musiałam ją przed nim schować, bo niechybnie wpierniczyłby całą paczkę, a to przecież słone jak cholera.
Cóż. Jeszcze chwila, a zacznie nam wyżerać ser pleśniowy z lodówki, że o zapijaniu go winkiem nie wspomnę...
wtorek, 18 czerwca 2013
piątek, 7 czerwca 2013
Dwulatek
To niesamowite, że mamy w domu dwulatka. Pamiętam, jak przywieźliśmy go ze szpitala. Maleńkie zawiniątko na wielkim łóżku. Kot podejrzliwie powąchał mu główkę i uciekł. Pamiętam te nie do końca otwarte oczka, maleńkie stópki i rączki, zgięte nóżki... Kiedy czasem przy robieniu porządków natknę się na jakieś ubranko w rozmiarze 56, nie mogę uwierzyć, że nasze dziecko było TAKIE MAŁE.
A teraz... Biega, szaleje, woła: Mamooo!, uroczo składa usta w dzióbek, żeby dać buziaka (oczywiście nie za często, niech sobie rodzice nie myślą!). Razem ze mną sprząta, udaje że pije kawkę...
Czasem wydaje mi się taki duży, samodzielny. Czasem jednak jest jeszcze malutkim dzieckiem. Kiedy się czegoś przestraszy i obejmuje mnie rączkami za szyję. Kiedy jest śpiący i chce się tylko tulić. Kiedy się uderzy i przybiega po pocieszenie.
Jest w dwulatku jakieś, nomen omen, rozdwojenie. Jest taki mały - duży, na pół dzidziuś, a na pół chłopczyk. Coraz bardziej niezależny, a jednak wciąż przyklejony do rodziców. Już taki mądry, a jednak jeszcze taki głupiutki. Czasem słodki jak cukiereczek, a czasem gorzki jak piołun ze swoimi wściekami i histeriami.
Myślę sobie, że trzeba się cieszyć tym dziwnym, dwoistym czasem. Bo wkrótce dzidziuś zniknie, a pozostanie tylko duży, niezależny chłopczyk...
A teraz... Biega, szaleje, woła: Mamooo!, uroczo składa usta w dzióbek, żeby dać buziaka (oczywiście nie za często, niech sobie rodzice nie myślą!). Razem ze mną sprząta, udaje że pije kawkę...
Czasem wydaje mi się taki duży, samodzielny. Czasem jednak jest jeszcze malutkim dzieckiem. Kiedy się czegoś przestraszy i obejmuje mnie rączkami za szyję. Kiedy jest śpiący i chce się tylko tulić. Kiedy się uderzy i przybiega po pocieszenie.
Jest w dwulatku jakieś, nomen omen, rozdwojenie. Jest taki mały - duży, na pół dzidziuś, a na pół chłopczyk. Coraz bardziej niezależny, a jednak wciąż przyklejony do rodziców. Już taki mądry, a jednak jeszcze taki głupiutki. Czasem słodki jak cukiereczek, a czasem gorzki jak piołun ze swoimi wściekami i histeriami.
Myślę sobie, że trzeba się cieszyć tym dziwnym, dwoistym czasem. Bo wkrótce dzidziuś zniknie, a pozostanie tylko duży, niezależny chłopczyk...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)