To niesamowite, że mamy w domu dwulatka. Pamiętam, jak przywieźliśmy go ze szpitala. Maleńkie zawiniątko na wielkim łóżku. Kot podejrzliwie powąchał mu główkę i uciekł. Pamiętam te nie do końca otwarte oczka, maleńkie stópki i rączki, zgięte nóżki... Kiedy czasem przy robieniu porządków natknę się na jakieś ubranko w rozmiarze 56, nie mogę uwierzyć, że nasze dziecko było TAKIE MAŁE.
A teraz... Biega, szaleje, woła: Mamooo!, uroczo składa usta w dzióbek, żeby dać buziaka (oczywiście nie za często, niech sobie rodzice nie myślą!). Razem ze mną sprząta, udaje że pije kawkę...
Czasem wydaje mi się taki duży, samodzielny. Czasem jednak jest jeszcze malutkim dzieckiem. Kiedy się czegoś przestraszy i obejmuje mnie rączkami za szyję. Kiedy jest śpiący i chce się tylko tulić. Kiedy się uderzy i przybiega po pocieszenie.
Jest w dwulatku jakieś, nomen omen, rozdwojenie. Jest taki mały - duży, na pół dzidziuś, a na pół chłopczyk. Coraz bardziej niezależny, a jednak wciąż przyklejony do rodziców. Już taki mądry, a jednak jeszcze taki głupiutki. Czasem słodki jak cukiereczek, a czasem gorzki jak piołun ze swoimi wściekami i histeriami.
Myślę sobie, że trzeba się cieszyć tym dziwnym, dwoistym czasem. Bo wkrótce dzidziuś zniknie, a pozostanie tylko duży, niezależny chłopczyk...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz