Zawsze wierzyłam, że życie nam się jakoś samo układa, bardziej lub mniej po naszej myśli, ale jednak, jak by to rzec, wszystko idzie do przodu. Wiadomo, najczęściej trzeba sprawy wspomóc, podjąć decyzje, o coś się postarać, ale jest też jakiś wyższy plan, który sprawia, że spotykamy określonych ludzi, znajdujemy się w określonym czasie w określonych miejscach itd. Być może ta moja wiara to efekt wpajanego mi przez lata oazowego hasła: Bóg Cię kocha i ma dla Ciebie wspaniały plan. Hasło zakiełkowało, zapuściło korzonki i tak sobie we mnie kwitnie od lat :)
Ostatnio jednak coraz częściej się zastanawiam nad punktem, w którym jestem i nad możliwościami, jakie się przede mną otwierają, a raczej, należałoby chyba rzec, zamykają... Mam na myśli prozaiczną i przyziemną sytuację pracowo-dzieciową. Byłam przekonana, że wrócę do pracy od września. Zresztą, takie było moje pierwotne założenie: dwa lata i do roboty. Jakoś w zimie wymyśliłam sobie, że postaram się o miejsce w prywatnym żłobku na naszym osiedlu. Dla dziecia rzecz jasna, nie dla siebie. Gadałam o tym z moją mamą i ona zaoferowała się, że zajmie się Tymkiem przez kilka godzin, żebym mogła wrócić na pół etatu. Bo żłobek drogi i nie wiadomo, jak młody się tam odnajdzie... No i musiałabym go tam zostawiać na dłużej, bo pół etatu by starczyło tylko na czesne i dojazdy... Wydawało mi się to świetnym pomysłem. Do czasu. W czerwcu bowiem moja mamuśka złamała rękę. Potem zaczęła mieć rozmaite zdrowotne problemy i stało się jasne, że o opiece nad młodym nie ma mowy. Na żłobek już za późno, bo podanie trzeba jednak złożyć wcześniej... A termin, w którym muszę podjąć ostateczną decyzję i złożyć podanie o przedłużenie wychowawczego, zbliża się nieubłaganie. I naprawdę nie wiem, co myśleć, co robić... Ta wiara, że wszystko jest po coś, że tak miało być i że skoro jedne drzwi się zamykają, to na pewno otworzą się jakieś inne, jest u mnie naprawdę bardzo silna, głęboko zakorzeniona. Może ten żłobek to nie miejsce dla Tymona? Może ta praca to już nie miejsce dla mnie? Nie wiem. Tyle tylko, że na razie nie widzę innych opcji. Nie widzę uchylonych drzwi. Brak mi pomysłów, a z drugiej strony czuję wewnętrzny bunt przeciw zostawieniu wszystkiego po staremu przez jeszcze jeden rok.
Dlatego czekam na sygnał. "Na sygnał z centrali". Bo przecież MUSI istnieć jakiś plan, do cholery!
Matki (nie)codzienne przypadki
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
wtorek, 30 lipca 2013
Sprawa publiczna
Wychowanie dziecka to, jak się okazuje, sprawa publiczna. Szybko się okazuje, że dobre rady sypią się jak z rękawa, jeśli tylko choć troszkę pokażesz, że jesteś gotów słuchać. "Bo najlepiej, wie pani, to jednak w żłobku, mój wnuczek w żłobku i tyle się tam nauczył!" "A gdzie Ty masz czapeczkę, chłopczyku?", "Chcesz ciasteczko/cukierka/lizaka? Nie je lizaków?? Bo moja wnuczka..." I tak dalej...
Zastanawiam się też, co starsze pokolenie ma z tym "zabiorę Cię", "pójdziesz ze mną?", "zaraz Cię ktoś ukradnie", jeśli tylko dziecko oddali się ze 3 metry albo nie chce iść za mamą. To ma niby skłonić młodego, żeby szedł blisko mnie, ale, nosz kurdę, jakoś sobie sama z tym radzę, a takie teksty mogą spowodować, że młody będzie się bał ludzi, bo przecież jakaś pani "go zabierze" od mamy.
Ostatnio też znajoma mi opowiadała o tym, jak jej koleżanka na placu zabaw zwróciła uwagę jej synkowi, żeby nie właził na zjeżdżalnię od przodu. Trochę mi kopara opadła. Uważam, że jedyny powód, dla którego dopuszczalne jest zwracanie uwagi nieswojemu dziecku, to stwarzanie przez nie zagrożenia dla innych dzieci, wyrywanie zabawek (jeśli rodzice nie reagują, a poszkodowany sobie nie radzi). Na pewno jednak nie ja decyduję, gdzie cudze dziecko może się wspinać czy bawić.
Najgorsze jest to, że brakuje mi sił na asertywność i odpuszczam. Mówię tylko do Tymona, że mama nie da nikomu go zabrać, że nikt go nie porwie, a dobre rady, no cóż... Wpuszczam jednym uchem, a wypuszczam drugim :)
Zastanawiam się też, co starsze pokolenie ma z tym "zabiorę Cię", "pójdziesz ze mną?", "zaraz Cię ktoś ukradnie", jeśli tylko dziecko oddali się ze 3 metry albo nie chce iść za mamą. To ma niby skłonić młodego, żeby szedł blisko mnie, ale, nosz kurdę, jakoś sobie sama z tym radzę, a takie teksty mogą spowodować, że młody będzie się bał ludzi, bo przecież jakaś pani "go zabierze" od mamy.
Ostatnio też znajoma mi opowiadała o tym, jak jej koleżanka na placu zabaw zwróciła uwagę jej synkowi, żeby nie właził na zjeżdżalnię od przodu. Trochę mi kopara opadła. Uważam, że jedyny powód, dla którego dopuszczalne jest zwracanie uwagi nieswojemu dziecku, to stwarzanie przez nie zagrożenia dla innych dzieci, wyrywanie zabawek (jeśli rodzice nie reagują, a poszkodowany sobie nie radzi). Na pewno jednak nie ja decyduję, gdzie cudze dziecko może się wspinać czy bawić.
Najgorsze jest to, że brakuje mi sił na asertywność i odpuszczam. Mówię tylko do Tymona, że mama nie da nikomu go zabrać, że nikt go nie porwie, a dobre rady, no cóż... Wpuszczam jednym uchem, a wypuszczam drugim :)
Tymek mówi, mówi, mówi, mówi wciąż!
Dzieć nam się rozkręca wreszcie z mową, hurra! Każdego dnia pojawiają się jakieś nowe słówka, niektóre goszczą na stałe i Tymul używa ich adekwatnie do sytuacji, niektóre głównie powtarza.
Z rzeczy, które mówi "sam z siebie":
Autko, kooń-nik, daj mi (a czasem daj mu :)), miś, lis, oko, ogon, łał! (jako wyraz zachwytu :)), koko (na kota, ale to już stara sprawa), dom, aa-buz (arbuz), spać, pa pa, iść. Iść jest chyba wynikiem tego, że jak mnie ciągnął za rękę, to go często pytałam: "gdzie chcesz isć?" albo "gdzie mam iść?". Teraz nie mówi "chodź", tylko właśnie "iść".
Ach, no i króluje "o nie!" A czasem na pytanie czemu, odpowiada: bo nie! :), spryciarz mały.
Poza tym powtarza dużo słówek po nas, przy oglądaniu książeczek, czasem w rozmowie.
Ma też fazę sprzątania. Zbiera okruszki z krzesełka, zamiata, wyciera, a ostatnio zapałał miłością do mopa, więc mop przebywa głównie na środku pokoju, bo przecież trzeba ciągle wycierać podłogę.
Może mu tak zostanie? Będę sobie leżeć na kanapie i czytać, a obok synu ze ścierą będzie dawał czadu. Ech, rozmarzyłam się...
Z rzeczy, które mówi "sam z siebie":
Autko, kooń-nik, daj mi (a czasem daj mu :)), miś, lis, oko, ogon, łał! (jako wyraz zachwytu :)), koko (na kota, ale to już stara sprawa), dom, aa-buz (arbuz), spać, pa pa, iść. Iść jest chyba wynikiem tego, że jak mnie ciągnął za rękę, to go często pytałam: "gdzie chcesz isć?" albo "gdzie mam iść?". Teraz nie mówi "chodź", tylko właśnie "iść".
Ach, no i króluje "o nie!" A czasem na pytanie czemu, odpowiada: bo nie! :), spryciarz mały.
Poza tym powtarza dużo słówek po nas, przy oglądaniu książeczek, czasem w rozmowie.
Ma też fazę sprzątania. Zbiera okruszki z krzesełka, zamiata, wyciera, a ostatnio zapałał miłością do mopa, więc mop przebywa głównie na środku pokoju, bo przecież trzeba ciągle wycierać podłogę.
Może mu tak zostanie? Będę sobie leżeć na kanapie i czytać, a obok synu ze ścierą będzie dawał czadu. Ech, rozmarzyłam się...
sobota, 27 lipca 2013
Nie pójdę na wojnę
"Przegrywamy każdą wojnę, kiedy zaczynamy ją..." - śpiewa Anna Maria Jopek.
To prawda. I choć politycznie chętnie uznajemy, że wojny są bez sensu i jesteśmy przeciw, to jeśli chodzi o małe, codzienne wojenki, prezentujemy postawę zgoła odmienną.
Nie jestem i ja bez grzechu, o nie! Tu wojenka z mężem, tu bitewka z matką, no i... tak, z dzieckiem też idzie powalczyć. Nawet jeśli siły niezbyt są wyrównane, pomimo męstwa i odwagi tej drugiej, małoletniej strony.
A jednak... Naszła mnie ostatnio refleksja, nie będę ukrywać, że sprowokowana podczytywaniem rozmaitych stron o wychowaniu, na temat bezsensowności wypowiadania wojny własnemu dziecku i staczania z nim kolejnych bitew. Wszak po bitwie zawsze są jacyś ranni, czyż nie? Ktoś zwycięża, a ktoś się poddaje. Nie słyszałam jeszcze, aby ci, co się poddali, z radością i sympatią przyznawali rację stronie przeciwnej. Poddają się, bo są słabsi, bo nie mają już siły walczyć, bo im brakło amunicji. I tyle.
Nie chcę takiej relacji z moim synem. Nie chcę, żeby się poddawał mojej woli z bezsilności, w poczuciu, że został pokonany. Nie chcę jego frustracji. Chcę współpracy. Miłości. Szacunku, a nie strachu. Zaufania i bezpieczeństwa chcę.
Dlatego postanowiłam sobie uroczyście: nie pójdę na wojnę z moim synem. Nawet jeśli on pierwszy wyciągnie broń i naruszy pokój, założę pancerz cierpliwości, uzbroję się w tarczę odpowiedniej literatury i niestraszne mi będą jego zaczepki i ataki!
Przynajmniej... przez jakiś czas ;)
To prawda. I choć politycznie chętnie uznajemy, że wojny są bez sensu i jesteśmy przeciw, to jeśli chodzi o małe, codzienne wojenki, prezentujemy postawę zgoła odmienną.
Nie jestem i ja bez grzechu, o nie! Tu wojenka z mężem, tu bitewka z matką, no i... tak, z dzieckiem też idzie powalczyć. Nawet jeśli siły niezbyt są wyrównane, pomimo męstwa i odwagi tej drugiej, małoletniej strony.
A jednak... Naszła mnie ostatnio refleksja, nie będę ukrywać, że sprowokowana podczytywaniem rozmaitych stron o wychowaniu, na temat bezsensowności wypowiadania wojny własnemu dziecku i staczania z nim kolejnych bitew. Wszak po bitwie zawsze są jacyś ranni, czyż nie? Ktoś zwycięża, a ktoś się poddaje. Nie słyszałam jeszcze, aby ci, co się poddali, z radością i sympatią przyznawali rację stronie przeciwnej. Poddają się, bo są słabsi, bo nie mają już siły walczyć, bo im brakło amunicji. I tyle.
Nie chcę takiej relacji z moim synem. Nie chcę, żeby się poddawał mojej woli z bezsilności, w poczuciu, że został pokonany. Nie chcę jego frustracji. Chcę współpracy. Miłości. Szacunku, a nie strachu. Zaufania i bezpieczeństwa chcę.
Dlatego postanowiłam sobie uroczyście: nie pójdę na wojnę z moim synem. Nawet jeśli on pierwszy wyciągnie broń i naruszy pokój, założę pancerz cierpliwości, uzbroję się w tarczę odpowiedniej literatury i niestraszne mi będą jego zaczepki i ataki!
Przynajmniej... przez jakiś czas ;)
wtorek, 23 lipca 2013
Wierzę - nie biję?
Ponieważ post związany jest z tematyką "kościelną", muszę zacząć od wyjaśnienia mojego stosunku do tejże instytucji. Swoje miejsce w Kościele (bo wciąż wydaje mi się, że jeszcze je mam :)) określiłabym: "stoję w przedsionku". Tak właśnie się czuję. Krok w przód - i jestem w środku, krok w tył - i już mnie tam nie ma. Należałoby może jeszcze wyjaśnić, że oba te kroki już kiedyś zrobiłam. Przez całe liceum byłam bardzo, bardzo w środku. Bardzo zaangażowana, może momentami za bardzo, ale to chyba prawo wieku. Na studiach zaczęłam się wycofywać, żeby w końcu na jakiś czas znaleźć się całkiem poza i zastanawiać, czy Kościół, a nawet wiara mają sens.
Teraz jestem bliżej, w przedsionku właśnie. Dlaczego? Bo wierzę w Boga, zgadzam się z wieloma fundamentalnymi prawdami wiary, bo bliska jest mi chrześcijańska etyka i filozofia życia, ale z niektórymi sprawami zgodzić się nie potrafię. Pewnie nie będę oryginalna, gdy napiszę, że przede wszystkim nie akceptuję całkowitej negacji antykoncepcji, z prezerwatywą włącznie, jaką głosi Kościół. Jest jeszcze kilka innych spraw, ale nie o tym ma być ten post, więc póki co, pominę je milczeniem.
Wróćmy do tematu. Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad tym, o czym się w Kościele mówi, a o czym z jakichś tajemniczych przyczyn mówić się nie chce. Mam za sobą wiele mszy i wiele kazań. Wiele rekolekcji, spotkań. Słyszałam tam o najrozmaitszych sprawach - o wartości rodziny, o tym, że powinno się ją chronić, o rozwodach, o seksie przedmałżeńskim, o mieszkaniu przed ślubem, o in vitro, o antykoncepcji... Uwierzcie mi jednak, że NIGDY nie usłyszałam z ambony jednego, tak prostego, zdania: nie wolno bić dzieci. Ba, nie usłyszałam też wprost, że nie wolno bić ani obrażać żony czy męża. Że to jest po prostu grzech. I nieopisanie mnie to dziwi. Choćby dlatego, że tak wielu ludzi dziś postrzega zaangażowanych katolików jako bandę zacofanych ciemniaków, co to w niedzielę idą do kościoła, a w poniedziałek leją dzieci (których oczywiście mają całe stado) w imię chrześcijańskiego wychowania. A przecież bicie kogokolwiek nie ma nic wspólnego z nauką Jezusa i współczesnego Kościoła. Pamięć mi na starość szwankuje, ale parę cytatów z Biblii jeszcze pamiętam. Na przykład ten: "Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, Mnieście uczynili". Te słowa nawet nie potrzebują komentarza. W końcu trudno dzieciom odmówić prawa do bycia "braćmi najmniejszymi", choćby z racji wzrostu :)
Tak sobie myślę, że tyle słyszymy o przemocy w rodzinie w mediach, czytamy w internecie i gazetach. Może czas, żebyśmy z ambony, zamiast pustych, górnolotnych haseł, usłyszeli w końcu inne, ściągnięte ze świeckiej kampanii: "wierzę - nie biję".
Teraz jestem bliżej, w przedsionku właśnie. Dlaczego? Bo wierzę w Boga, zgadzam się z wieloma fundamentalnymi prawdami wiary, bo bliska jest mi chrześcijańska etyka i filozofia życia, ale z niektórymi sprawami zgodzić się nie potrafię. Pewnie nie będę oryginalna, gdy napiszę, że przede wszystkim nie akceptuję całkowitej negacji antykoncepcji, z prezerwatywą włącznie, jaką głosi Kościół. Jest jeszcze kilka innych spraw, ale nie o tym ma być ten post, więc póki co, pominę je milczeniem.
Wróćmy do tematu. Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad tym, o czym się w Kościele mówi, a o czym z jakichś tajemniczych przyczyn mówić się nie chce. Mam za sobą wiele mszy i wiele kazań. Wiele rekolekcji, spotkań. Słyszałam tam o najrozmaitszych sprawach - o wartości rodziny, o tym, że powinno się ją chronić, o rozwodach, o seksie przedmałżeńskim, o mieszkaniu przed ślubem, o in vitro, o antykoncepcji... Uwierzcie mi jednak, że NIGDY nie usłyszałam z ambony jednego, tak prostego, zdania: nie wolno bić dzieci. Ba, nie usłyszałam też wprost, że nie wolno bić ani obrażać żony czy męża. Że to jest po prostu grzech. I nieopisanie mnie to dziwi. Choćby dlatego, że tak wielu ludzi dziś postrzega zaangażowanych katolików jako bandę zacofanych ciemniaków, co to w niedzielę idą do kościoła, a w poniedziałek leją dzieci (których oczywiście mają całe stado) w imię chrześcijańskiego wychowania. A przecież bicie kogokolwiek nie ma nic wspólnego z nauką Jezusa i współczesnego Kościoła. Pamięć mi na starość szwankuje, ale parę cytatów z Biblii jeszcze pamiętam. Na przykład ten: "Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, Mnieście uczynili". Te słowa nawet nie potrzebują komentarza. W końcu trudno dzieciom odmówić prawa do bycia "braćmi najmniejszymi", choćby z racji wzrostu :)
Tak sobie myślę, że tyle słyszymy o przemocy w rodzinie w mediach, czytamy w internecie i gazetach. Może czas, żebyśmy z ambony, zamiast pustych, górnolotnych haseł, usłyszeli w końcu inne, ściągnięte ze świeckiej kampanii: "wierzę - nie biję".
Logopedka - miód na moje serce
Ech, równowaga w przyrodzie musi być! Tym razem wrażenia po wizycie u logopedy, całkowicie odmienne od tych z bilansu. Już od wejścia i pierwszego spojrzenia wiedziałam, że się dogadamy. Pierwsza myśl - no to jesteśmy w domu.
Pani bardzo dokładnie mnie wypytała o wszystko - od przebiegu ciąży, przez poród i karmienie, po to, jak młody mówi, jak się ta mowa rozwija itp. Pytała o reakcje młodego, zabawy itp. I powiedziała, że na razie nie ma żadnego powodu do niepokoju. Że tak to już jest, że jeden dwulatek zapodaje zdaniami, a drugi ledwie kilka słów. Powiedziała o kilku prostych ćwiczeniach i że... trzeba zaczekać i tyle. Gdyby za pół roku nie było postępów, to mamy się zgłosić, ale ona myśli że będą :)
Wielkie ufff...
Pani bardzo dokładnie mnie wypytała o wszystko - od przebiegu ciąży, przez poród i karmienie, po to, jak młody mówi, jak się ta mowa rozwija itp. Pytała o reakcje młodego, zabawy itp. I powiedziała, że na razie nie ma żadnego powodu do niepokoju. Że tak to już jest, że jeden dwulatek zapodaje zdaniami, a drugi ledwie kilka słów. Powiedziała o kilku prostych ćwiczeniach i że... trzeba zaczekać i tyle. Gdyby za pół roku nie było postępów, to mamy się zgłosić, ale ona myśli że będą :)
Wielkie ufff...
poniedziałek, 15 lipca 2013
Koszmarny bilans dwulatka. Czego żądamy od naszych dzieci
Za nami bilans - jak w tytule.
Już noc wróżyła, że nie może być dobrze. Tymul nie spał właściwie od 12 do 4 rano. My z nim, najpierw ja, potem małżon. Rano wszyscy niewyspani, mnie dodatkowo bolał brzuch.
Ale nic tam, termin jest termin. W przychodni się okazało, że jakimś cudownym sposobem na 9.15 zapisane było co najmniej troje dzieci i że czeka na nas kolejka. Poczekalnia 2x4 m. Przed nią korytarzyk zawalony wózkami.
Czekaliśmy godzinę i młody miał naprawdę dość, był potwornie śpiący.
Weszliśmy, a on wczepił się we mnie całym sobą jak mała małpka. Pani pokręciła głową, że "czemu on taki". I "czemu nie chce dać się zbadać" i "nie przygotowała go pani". I czemu ssie palec, on tak zawsze z tym palcem? Mówię więc, że nie zawsze, tylko jak zmęczony albo coś się stanie.
- Trzeba z tym zerwać - mówi lekarka.
Odpowiadam, że wiem, ale nie wiem jak, może mi coś podpowie.
- Wszystko jedno, musi to pani WYELIMINOWAĆ.
Aha, super, dzięki za poradę.
Seria pytań, pierwsze o mowę. Mówi mało, ledwie kilkanaście słów, chociaż ostatnio więcej powtarza i widać jakiś progres. Powinien kilkadziesiąt i proste zdania, skierowanie do logopedy. Ok, myślę sobie, tak przewidywałam. Potem pytania, co umie, co je, czy je sam. Mówię że sam, już dawno. A czy woła na nocnik. Nie woła. To źle.
W końcu padło, że mój syn jest na poziomie półtorarocznego dziecka, a nie dwulatka. Że to nie wyląda najlepiej. Pani doktor ani raz nie skupiła się na żadnym pozytywie. Że potrafi się częściowo sam ubrać. Że śmiga na placu zabaw. Że je widelcem i łyżką. Nie pytała o zabawy, o abstrakcyjne myślenie, które u Tymula się jak najbardziej pojawiło. Ważne były tylko dwie rzeczy: że nie woła siku i za mało mówi. Ach, i jeszcze ten palec.
Wyszłam zrozpaczona. Ryczałam. A potem rozpacz zaczęła przeradzać się w niesmak. Nie podoba mi się podejście tej lekarki. Nie usłyszałam nic pozytywnego, żadnego: mówi mało, ale to się zdarza, u niektórych dzieci mowa rozwija się później, pójdzie pani do logopedy, żeby wspomóc dziecko.
Miałam tylko wrażenie, że moje dziecko nie spełnia oczekiwań. Że POWINNO. To, i tamto. Być miłe dla pani doktor i pozwolić się dotykać obcej babie jakby nigdy nic. Powinno mówić zdaniami. Powinno robić na nocnik, bo bez tego zawali się świat.
Niestety: to udziela się też nam, rodzicom. Cały czas porównujemy, nawet jeśli nie głośno, to w środku. Bo Ania robi na nocnik, a Franek gada jak najęty, choć młodszy. I nie stać nas na proste pytanie: i co z tego?
Co wynika z tego, że mój brat zaczął mówić, mając prawie trzy lata? Ano NIC. Udało mu się w życiu skończyć studia, nawet niejeden kierunek. Mając pięć lat, sam czytał i liczył, z jego IQ też wszystko ok.
Tak sobie myślę, że trzeba wyluzować, pozwolić dzieciom rozwijać się w ich własnym tempie. Jasne, obserwować, konsultować wątpliwości, być czujnym, żeby nie przegapić prawdziwych problemów. Ale bez przesady. Bez ciągłych porównań. I bez robienia wielkiego halo z każdej pierdoły. W końcu czy ktoś patrząc na nas, może powiedzieć, kiedy zaczęliśmy siadać na nocnik, mówić czy chodzić?
Już noc wróżyła, że nie może być dobrze. Tymul nie spał właściwie od 12 do 4 rano. My z nim, najpierw ja, potem małżon. Rano wszyscy niewyspani, mnie dodatkowo bolał brzuch.
Ale nic tam, termin jest termin. W przychodni się okazało, że jakimś cudownym sposobem na 9.15 zapisane było co najmniej troje dzieci i że czeka na nas kolejka. Poczekalnia 2x4 m. Przed nią korytarzyk zawalony wózkami.
Czekaliśmy godzinę i młody miał naprawdę dość, był potwornie śpiący.
Weszliśmy, a on wczepił się we mnie całym sobą jak mała małpka. Pani pokręciła głową, że "czemu on taki". I "czemu nie chce dać się zbadać" i "nie przygotowała go pani". I czemu ssie palec, on tak zawsze z tym palcem? Mówię więc, że nie zawsze, tylko jak zmęczony albo coś się stanie.
- Trzeba z tym zerwać - mówi lekarka.
Odpowiadam, że wiem, ale nie wiem jak, może mi coś podpowie.
- Wszystko jedno, musi to pani WYELIMINOWAĆ.
Aha, super, dzięki za poradę.
Seria pytań, pierwsze o mowę. Mówi mało, ledwie kilkanaście słów, chociaż ostatnio więcej powtarza i widać jakiś progres. Powinien kilkadziesiąt i proste zdania, skierowanie do logopedy. Ok, myślę sobie, tak przewidywałam. Potem pytania, co umie, co je, czy je sam. Mówię że sam, już dawno. A czy woła na nocnik. Nie woła. To źle.
W końcu padło, że mój syn jest na poziomie półtorarocznego dziecka, a nie dwulatka. Że to nie wyląda najlepiej. Pani doktor ani raz nie skupiła się na żadnym pozytywie. Że potrafi się częściowo sam ubrać. Że śmiga na placu zabaw. Że je widelcem i łyżką. Nie pytała o zabawy, o abstrakcyjne myślenie, które u Tymula się jak najbardziej pojawiło. Ważne były tylko dwie rzeczy: że nie woła siku i za mało mówi. Ach, i jeszcze ten palec.
Wyszłam zrozpaczona. Ryczałam. A potem rozpacz zaczęła przeradzać się w niesmak. Nie podoba mi się podejście tej lekarki. Nie usłyszałam nic pozytywnego, żadnego: mówi mało, ale to się zdarza, u niektórych dzieci mowa rozwija się później, pójdzie pani do logopedy, żeby wspomóc dziecko.
Miałam tylko wrażenie, że moje dziecko nie spełnia oczekiwań. Że POWINNO. To, i tamto. Być miłe dla pani doktor i pozwolić się dotykać obcej babie jakby nigdy nic. Powinno mówić zdaniami. Powinno robić na nocnik, bo bez tego zawali się świat.
Niestety: to udziela się też nam, rodzicom. Cały czas porównujemy, nawet jeśli nie głośno, to w środku. Bo Ania robi na nocnik, a Franek gada jak najęty, choć młodszy. I nie stać nas na proste pytanie: i co z tego?
Co wynika z tego, że mój brat zaczął mówić, mając prawie trzy lata? Ano NIC. Udało mu się w życiu skończyć studia, nawet niejeden kierunek. Mając pięć lat, sam czytał i liczył, z jego IQ też wszystko ok.
Tak sobie myślę, że trzeba wyluzować, pozwolić dzieciom rozwijać się w ich własnym tempie. Jasne, obserwować, konsultować wątpliwości, być czujnym, żeby nie przegapić prawdziwych problemów. Ale bez przesady. Bez ciągłych porównań. I bez robienia wielkiego halo z każdej pierdoły. W końcu czy ktoś patrząc na nas, może powiedzieć, kiedy zaczęliśmy siadać na nocnik, mówić czy chodzić?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)