Za nami bilans - jak w tytule.
Już noc wróżyła, że nie może być dobrze. Tymul nie spał właściwie od 12 do 4 rano. My z nim, najpierw ja, potem małżon. Rano wszyscy niewyspani, mnie dodatkowo bolał brzuch.
Ale nic tam, termin jest termin. W przychodni się okazało, że jakimś cudownym sposobem na 9.15 zapisane było co najmniej troje dzieci i że czeka na nas kolejka. Poczekalnia 2x4 m. Przed nią korytarzyk zawalony wózkami.
Czekaliśmy godzinę i młody miał naprawdę dość, był potwornie śpiący.
Weszliśmy, a on wczepił się we mnie całym sobą jak mała małpka. Pani pokręciła głową, że "czemu on taki". I "czemu nie chce dać się zbadać" i "nie przygotowała go pani". I czemu ssie palec, on tak zawsze z tym palcem? Mówię więc, że nie zawsze, tylko jak zmęczony albo coś się stanie.
- Trzeba z tym zerwać - mówi lekarka.
Odpowiadam, że wiem, ale nie wiem jak, może mi coś podpowie.
- Wszystko jedno, musi to pani WYELIMINOWAĆ.
Aha, super, dzięki za poradę.
Seria pytań, pierwsze o mowę. Mówi mało, ledwie kilkanaście słów, chociaż ostatnio więcej powtarza i widać jakiś progres. Powinien kilkadziesiąt i proste zdania, skierowanie do logopedy. Ok, myślę sobie, tak przewidywałam. Potem pytania, co umie, co je, czy je sam. Mówię że sam, już dawno. A czy woła na nocnik. Nie woła. To źle.
W końcu padło, że mój syn jest na poziomie półtorarocznego dziecka, a nie dwulatka. Że to nie wyląda najlepiej. Pani doktor ani raz nie skupiła się na żadnym pozytywie. Że potrafi się częściowo sam ubrać. Że śmiga na placu zabaw. Że je widelcem i łyżką. Nie pytała o zabawy, o abstrakcyjne myślenie, które u Tymula się jak najbardziej pojawiło. Ważne były tylko dwie rzeczy: że nie woła siku i za mało mówi. Ach, i jeszcze ten palec.
Wyszłam zrozpaczona. Ryczałam. A potem rozpacz zaczęła przeradzać się w niesmak. Nie podoba mi się podejście tej lekarki. Nie usłyszałam nic pozytywnego, żadnego: mówi mało, ale to się zdarza, u niektórych dzieci mowa rozwija się później, pójdzie pani do logopedy, żeby wspomóc dziecko.
Miałam tylko wrażenie, że moje dziecko nie spełnia oczekiwań. Że POWINNO. To, i tamto. Być miłe dla pani doktor i pozwolić się dotykać obcej babie jakby nigdy nic. Powinno mówić zdaniami. Powinno robić na nocnik, bo bez tego zawali się świat.
Niestety: to udziela się też nam, rodzicom. Cały czas porównujemy, nawet jeśli nie głośno, to w środku. Bo Ania robi na nocnik, a Franek gada jak najęty, choć młodszy. I nie stać nas na proste pytanie: i co z tego?
Co wynika z tego, że mój brat zaczął mówić, mając prawie trzy lata? Ano NIC. Udało mu się w życiu skończyć studia, nawet niejeden kierunek. Mając pięć lat, sam czytał i liczył, z jego IQ też wszystko ok.
Tak sobie myślę, że trzeba wyluzować, pozwolić dzieciom rozwijać się w ich własnym tempie. Jasne, obserwować, konsultować wątpliwości, być czujnym, żeby nie przegapić prawdziwych problemów. Ale bez przesady. Bez ciągłych porównań. I bez robienia wielkiego halo z każdej pierdoły. W końcu czy ktoś patrząc na nas, może powiedzieć, kiedy zaczęliśmy siadać na nocnik, mówić czy chodzić?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz