Wychowanie dziecka to, jak się okazuje, sprawa publiczna. Szybko się okazuje, że dobre rady sypią się jak z rękawa, jeśli tylko choć troszkę pokażesz, że jesteś gotów słuchać. "Bo najlepiej, wie pani, to jednak w żłobku, mój wnuczek w żłobku i tyle się tam nauczył!" "A gdzie Ty masz czapeczkę, chłopczyku?", "Chcesz ciasteczko/cukierka/lizaka? Nie je lizaków?? Bo moja wnuczka..." I tak dalej...
Zastanawiam się też, co starsze pokolenie ma z tym "zabiorę Cię", "pójdziesz ze mną?", "zaraz Cię ktoś ukradnie", jeśli tylko dziecko oddali się ze 3 metry albo nie chce iść za mamą. To ma niby skłonić młodego, żeby szedł blisko mnie, ale, nosz kurdę, jakoś sobie sama z tym radzę, a takie teksty mogą spowodować, że młody będzie się bał ludzi, bo przecież jakaś pani "go zabierze" od mamy.
Ostatnio też znajoma mi opowiadała o tym, jak jej koleżanka na placu zabaw zwróciła uwagę jej synkowi, żeby nie właził na zjeżdżalnię od przodu. Trochę mi kopara opadła. Uważam, że jedyny powód, dla którego dopuszczalne jest zwracanie uwagi nieswojemu dziecku, to stwarzanie przez nie zagrożenia dla innych dzieci, wyrywanie zabawek (jeśli rodzice nie reagują, a poszkodowany sobie nie radzi). Na pewno jednak nie ja decyduję, gdzie cudze dziecko może się wspinać czy bawić.
Najgorsze jest to, że brakuje mi sił na asertywność i odpuszczam. Mówię tylko do Tymona, że mama nie da nikomu go zabrać, że nikt go nie porwie, a dobre rady, no cóż... Wpuszczam jednym uchem, a wypuszczam drugim :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz