"Przegrywamy każdą wojnę, kiedy zaczynamy ją..." - śpiewa Anna Maria Jopek.
To prawda. I choć politycznie chętnie uznajemy, że wojny są bez sensu i jesteśmy przeciw, to jeśli chodzi o małe, codzienne wojenki, prezentujemy postawę zgoła odmienną.
Nie jestem i ja bez grzechu, o nie! Tu wojenka z mężem, tu bitewka z matką, no i... tak, z dzieckiem też idzie powalczyć. Nawet jeśli siły niezbyt są wyrównane, pomimo męstwa i odwagi tej drugiej, małoletniej strony.
A jednak... Naszła mnie ostatnio refleksja, nie będę ukrywać, że sprowokowana podczytywaniem rozmaitych stron o wychowaniu, na temat bezsensowności wypowiadania wojny własnemu dziecku i staczania z nim kolejnych bitew. Wszak po bitwie zawsze są jacyś ranni, czyż nie? Ktoś zwycięża, a ktoś się poddaje. Nie słyszałam jeszcze, aby ci, co się poddali, z radością i sympatią przyznawali rację stronie przeciwnej. Poddają się, bo są słabsi, bo nie mają już siły walczyć, bo im brakło amunicji. I tyle.
Nie chcę takiej relacji z moim synem. Nie chcę, żeby się poddawał mojej woli z bezsilności, w poczuciu, że został pokonany. Nie chcę jego frustracji. Chcę współpracy. Miłości. Szacunku, a nie strachu. Zaufania i bezpieczeństwa chcę.
Dlatego postanowiłam sobie uroczyście: nie pójdę na wojnę z moim synem. Nawet jeśli on pierwszy wyciągnie broń i naruszy pokój, założę pancerz cierpliwości, uzbroję się w tarczę odpowiedniej literatury i niestraszne mi będą jego zaczepki i ataki!
Przynajmniej... przez jakiś czas ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz