Suwaczek z babyboom.pl

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Możliwości

Zawsze wierzyłam, że życie nam się jakoś samo układa, bardziej lub mniej po naszej myśli, ale jednak, jak by to rzec, wszystko idzie do przodu. Wiadomo, najczęściej trzeba sprawy wspomóc, podjąć decyzje, o coś się postarać, ale jest też jakiś wyższy plan, który sprawia, że spotykamy określonych ludzi, znajdujemy się w określonym czasie w określonych miejscach itd. Być może ta moja wiara to efekt wpajanego mi przez lata oazowego hasła: Bóg Cię kocha i ma dla Ciebie wspaniały plan. Hasło zakiełkowało, zapuściło korzonki i tak sobie we mnie kwitnie od lat :)
Ostatnio jednak coraz częściej się zastanawiam nad punktem, w którym jestem i nad możliwościami, jakie się przede mną otwierają, a raczej, należałoby chyba rzec, zamykają... Mam na myśli prozaiczną i przyziemną sytuację pracowo-dzieciową. Byłam przekonana, że wrócę do pracy od września. Zresztą, takie było moje pierwotne założenie: dwa lata i do roboty. Jakoś w zimie wymyśliłam sobie, że postaram się o miejsce w prywatnym żłobku na naszym osiedlu. Dla dziecia rzecz jasna, nie dla siebie. Gadałam o tym z moją mamą i ona zaoferowała się, że zajmie się Tymkiem przez kilka godzin, żebym mogła wrócić na pół etatu. Bo żłobek drogi i nie wiadomo, jak młody się tam odnajdzie... No i musiałabym go tam zostawiać na dłużej, bo pół etatu by starczyło tylko na czesne i dojazdy... Wydawało mi się to świetnym pomysłem. Do czasu. W czerwcu bowiem moja mamuśka złamała rękę. Potem zaczęła mieć rozmaite zdrowotne problemy i stało się jasne, że o opiece nad młodym nie ma mowy. Na żłobek już za późno, bo podanie trzeba jednak złożyć wcześniej...  A termin, w którym muszę podjąć ostateczną decyzję i złożyć podanie o przedłużenie wychowawczego, zbliża się nieubłaganie. I naprawdę nie wiem, co myśleć, co robić... Ta wiara, że wszystko jest po coś, że tak miało być i że skoro jedne drzwi się zamykają, to na pewno otworzą się jakieś inne, jest u mnie naprawdę bardzo silna, głęboko zakorzeniona. Może ten żłobek to nie miejsce dla Tymona? Może ta praca to już nie miejsce dla mnie? Nie wiem. Tyle tylko, że na razie nie widzę innych opcji. Nie widzę uchylonych drzwi. Brak mi pomysłów, a z drugiej strony czuję wewnętrzny bunt przeciw zostawieniu wszystkiego po staremu przez jeszcze jeden rok.
Dlatego czekam na sygnał. "Na sygnał z centrali". Bo przecież MUSI istnieć jakiś plan, do cholery!

wtorek, 30 lipca 2013

Sprawa publiczna

Wychowanie dziecka to, jak się okazuje, sprawa publiczna. Szybko się okazuje, że dobre rady sypią się jak z rękawa, jeśli tylko choć troszkę pokażesz, że jesteś gotów słuchać. "Bo najlepiej, wie pani, to jednak w żłobku, mój wnuczek w żłobku i tyle się tam nauczył!" "A gdzie Ty masz czapeczkę, chłopczyku?", "Chcesz ciasteczko/cukierka/lizaka? Nie je lizaków?? Bo moja wnuczka..." I tak dalej...
Zastanawiam się też, co starsze pokolenie ma z tym "zabiorę Cię", "pójdziesz ze mną?", "zaraz Cię ktoś ukradnie", jeśli tylko dziecko oddali się ze 3 metry albo nie chce iść za mamą. To ma niby skłonić młodego, żeby szedł blisko mnie, ale, nosz kurdę, jakoś sobie sama z tym radzę, a takie teksty mogą spowodować, że młody będzie się bał ludzi, bo przecież jakaś pani "go zabierze" od mamy.
Ostatnio też znajoma mi opowiadała o tym, jak jej koleżanka na placu zabaw zwróciła uwagę jej synkowi, żeby nie właził na zjeżdżalnię od przodu. Trochę mi kopara opadła. Uważam, że jedyny powód, dla którego dopuszczalne jest zwracanie uwagi nieswojemu dziecku, to stwarzanie przez nie zagrożenia dla innych dzieci, wyrywanie zabawek (jeśli rodzice nie reagują, a poszkodowany sobie nie radzi). Na pewno jednak nie ja decyduję, gdzie cudze dziecko może się wspinać czy bawić.
Najgorsze jest to, że brakuje mi sił na asertywność i odpuszczam. Mówię tylko do Tymona, że mama nie da nikomu go zabrać, że nikt go nie porwie, a dobre rady, no cóż... Wpuszczam jednym uchem, a wypuszczam drugim :)

Tymek mówi, mówi, mówi, mówi wciąż!

Dzieć nam się rozkręca wreszcie z mową, hurra! Każdego dnia pojawiają się jakieś nowe słówka, niektóre goszczą na stałe i Tymul używa ich adekwatnie do sytuacji, niektóre głównie powtarza.
Z rzeczy, które mówi "sam z siebie":
Autko, kooń-nik, daj mi (a czasem daj mu :)), miś, lis, oko, ogon, łał! (jako wyraz zachwytu :)), koko (na kota, ale to już stara sprawa), dom, aa-buz (arbuz), spać, pa pa, iść. Iść jest chyba wynikiem tego, że jak mnie ciągnął za rękę, to go często pytałam: "gdzie chcesz isć?" albo "gdzie mam iść?". Teraz nie mówi "chodź", tylko właśnie "iść".
Ach, no i króluje "o nie!" A czasem na pytanie czemu, odpowiada: bo nie! :), spryciarz mały.
Poza tym powtarza dużo słówek po nas, przy oglądaniu książeczek, czasem w rozmowie.
Ma też fazę sprzątania. Zbiera okruszki z krzesełka, zamiata, wyciera, a ostatnio zapałał miłością do mopa, więc mop przebywa głównie na środku pokoju, bo przecież trzeba ciągle wycierać podłogę.
Może mu tak zostanie? Będę sobie leżeć na kanapie i czytać, a obok synu ze ścierą będzie dawał czadu. Ech, rozmarzyłam się...

sobota, 27 lipca 2013

Nie pójdę na wojnę

"Przegrywamy każdą wojnę, kiedy zaczynamy ją..." - śpiewa Anna Maria Jopek.
To prawda. I choć politycznie chętnie uznajemy, że wojny są bez sensu i jesteśmy przeciw,  to jeśli chodzi o małe, codzienne wojenki, prezentujemy postawę zgoła odmienną.
Nie jestem i ja bez grzechu, o nie! Tu wojenka z mężem, tu bitewka z matką, no i... tak, z dzieckiem też idzie powalczyć. Nawet jeśli siły niezbyt są wyrównane, pomimo męstwa i odwagi tej drugiej, małoletniej strony.
A jednak... Naszła mnie ostatnio refleksja, nie będę ukrywać, że sprowokowana podczytywaniem rozmaitych stron o wychowaniu, na temat bezsensowności wypowiadania wojny własnemu dziecku i staczania z nim kolejnych bitew. Wszak po bitwie zawsze są jacyś ranni, czyż nie? Ktoś zwycięża, a ktoś się poddaje. Nie słyszałam jeszcze, aby ci, co się poddali, z radością i sympatią przyznawali rację stronie przeciwnej. Poddają się, bo są słabsi, bo nie mają już siły walczyć, bo im brakło amunicji. I tyle.
Nie chcę takiej relacji z moim synem. Nie chcę, żeby się poddawał mojej woli z bezsilności, w poczuciu, że został pokonany. Nie chcę jego frustracji. Chcę współpracy. Miłości. Szacunku, a nie strachu. Zaufania i bezpieczeństwa chcę.
Dlatego postanowiłam sobie uroczyście: nie pójdę na wojnę z moim synem. Nawet jeśli on pierwszy wyciągnie broń i naruszy pokój, założę pancerz cierpliwości, uzbroję się w tarczę odpowiedniej literatury i niestraszne mi będą jego zaczepki i ataki!
Przynajmniej... przez jakiś czas ;)

wtorek, 23 lipca 2013

Wierzę - nie biję?

Ponieważ post związany jest z tematyką "kościelną", muszę zacząć od wyjaśnienia mojego stosunku do tejże instytucji. Swoje miejsce w Kościele (bo wciąż wydaje mi się, że jeszcze je mam :)) określiłabym: "stoję w przedsionku". Tak właśnie się czuję. Krok w przód - i jestem w środku, krok w tył - i już mnie tam nie ma. Należałoby może jeszcze wyjaśnić, że oba te kroki już kiedyś zrobiłam. Przez całe liceum byłam bardzo, bardzo w środku. Bardzo zaangażowana, może momentami za bardzo, ale to chyba prawo wieku. Na studiach zaczęłam się wycofywać, żeby w końcu na jakiś czas znaleźć się całkiem poza i zastanawiać, czy Kościół, a nawet wiara mają sens.
Teraz jestem bliżej, w przedsionku właśnie. Dlaczego? Bo wierzę w Boga, zgadzam się z wieloma fundamentalnymi prawdami wiary, bo bliska jest mi chrześcijańska etyka i filozofia życia, ale z niektórymi sprawami zgodzić się nie potrafię. Pewnie nie będę oryginalna, gdy napiszę, że przede wszystkim nie akceptuję całkowitej negacji antykoncepcji, z prezerwatywą włącznie, jaką głosi Kościół. Jest jeszcze kilka innych spraw, ale nie o tym ma być ten post, więc póki co, pominę je milczeniem.
Wróćmy do tematu. Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad tym, o czym się w Kościele mówi, a o czym z jakichś tajemniczych przyczyn mówić się nie chce. Mam za sobą wiele mszy i wiele kazań. Wiele rekolekcji, spotkań. Słyszałam tam o najrozmaitszych sprawach - o wartości rodziny, o tym, że powinno się ją chronić, o rozwodach, o seksie przedmałżeńskim, o mieszkaniu przed ślubem, o in vitro, o antykoncepcji... Uwierzcie mi jednak, że NIGDY nie usłyszałam z ambony jednego, tak prostego, zdania: nie wolno bić dzieci. Ba, nie usłyszałam też wprost, że nie wolno bić ani obrażać żony czy męża. Że to jest po prostu grzech. I nieopisanie mnie to dziwi. Choćby dlatego, że tak wielu ludzi dziś postrzega zaangażowanych katolików jako bandę zacofanych ciemniaków, co to w niedzielę idą do kościoła, a w poniedziałek leją dzieci (których oczywiście mają całe stado) w imię chrześcijańskiego wychowania. A przecież bicie kogokolwiek nie ma nic wspólnego z nauką Jezusa i współczesnego Kościoła. Pamięć mi na starość szwankuje, ale parę cytatów z Biblii jeszcze pamiętam. Na przykład ten: "Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, Mnieście uczynili". Te słowa nawet nie potrzebują komentarza. W końcu trudno dzieciom odmówić prawa do bycia "braćmi najmniejszymi", choćby z racji wzrostu :)
Tak sobie myślę, że tyle słyszymy o przemocy w rodzinie w mediach, czytamy w internecie i gazetach. Może czas, żebyśmy z ambony, zamiast pustych, górnolotnych haseł, usłyszeli w końcu inne, ściągnięte ze świeckiej kampanii: "wierzę - nie biję".

Logopedka - miód na moje serce

Ech, równowaga w przyrodzie musi być! Tym razem wrażenia po wizycie u logopedy, całkowicie odmienne od tych z bilansu. Już od wejścia i pierwszego spojrzenia wiedziałam, że się dogadamy. Pierwsza myśl - no to jesteśmy w domu.
Pani bardzo dokładnie mnie wypytała o wszystko - od przebiegu ciąży, przez poród i karmienie, po to, jak młody mówi, jak się ta mowa rozwija itp. Pytała o reakcje młodego, zabawy itp. I powiedziała, że na razie nie ma żadnego powodu do niepokoju. Że tak to już jest, że jeden dwulatek zapodaje zdaniami, a drugi ledwie kilka słów. Powiedziała o kilku prostych ćwiczeniach i że... trzeba zaczekać i tyle. Gdyby za pół roku nie było postępów, to mamy się zgłosić, ale ona myśli że będą :)
Wielkie ufff...

poniedziałek, 15 lipca 2013

Koszmarny bilans dwulatka. Czego żądamy od naszych dzieci

Za nami bilans - jak w tytule.
Już noc wróżyła, że nie może być dobrze. Tymul nie spał właściwie od 12 do 4 rano. My z nim, najpierw ja, potem małżon. Rano wszyscy niewyspani, mnie dodatkowo bolał brzuch.
Ale nic tam, termin jest termin. W przychodni się okazało, że jakimś cudownym sposobem na 9.15 zapisane było co najmniej troje dzieci i że czeka na nas kolejka. Poczekalnia 2x4 m. Przed nią korytarzyk zawalony wózkami.
Czekaliśmy godzinę i młody miał naprawdę dość, był potwornie śpiący.
Weszliśmy, a on wczepił się we mnie całym sobą jak mała małpka. Pani pokręciła głową, że "czemu on taki". I "czemu nie chce dać się zbadać" i "nie przygotowała go pani". I czemu ssie palec, on tak zawsze z tym palcem? Mówię więc, że nie zawsze, tylko jak zmęczony albo coś się stanie.
- Trzeba z tym zerwać - mówi lekarka.
Odpowiadam, że wiem, ale nie wiem jak, może mi coś podpowie.
- Wszystko jedno, musi to pani WYELIMINOWAĆ.
Aha, super, dzięki za poradę.
Seria pytań, pierwsze o mowę. Mówi mało, ledwie kilkanaście słów, chociaż ostatnio więcej powtarza i widać jakiś progres. Powinien kilkadziesiąt i proste zdania, skierowanie do logopedy. Ok, myślę sobie, tak przewidywałam. Potem pytania, co umie, co je, czy je sam. Mówię że sam, już dawno. A czy woła na nocnik. Nie woła. To źle.
W końcu padło, że mój syn jest na poziomie półtorarocznego dziecka, a nie dwulatka. Że to nie wyląda najlepiej. Pani doktor ani raz nie skupiła się na żadnym pozytywie. Że potrafi się częściowo sam ubrać. Że śmiga na placu zabaw. Że je widelcem i łyżką. Nie pytała o zabawy, o abstrakcyjne myślenie, które u Tymula się jak najbardziej pojawiło. Ważne były tylko dwie rzeczy: że nie woła siku i za mało mówi. Ach, i jeszcze ten palec.
Wyszłam zrozpaczona. Ryczałam. A potem rozpacz zaczęła przeradzać się w niesmak. Nie podoba mi się podejście tej lekarki. Nie usłyszałam nic pozytywnego, żadnego: mówi mało, ale to się zdarza, u niektórych dzieci mowa rozwija się później, pójdzie pani do logopedy, żeby wspomóc dziecko.
Miałam tylko wrażenie, że moje dziecko nie spełnia oczekiwań.  Że POWINNO. To, i tamto. Być miłe dla pani doktor i pozwolić się dotykać obcej babie jakby nigdy nic. Powinno mówić zdaniami. Powinno robić na nocnik, bo bez tego zawali się świat.
Niestety: to udziela się też nam, rodzicom. Cały czas porównujemy, nawet jeśli nie głośno, to w środku. Bo Ania robi na nocnik, a Franek gada jak najęty, choć młodszy. I nie stać nas na proste pytanie: i co z tego?
Co wynika z tego, że mój brat zaczął mówić, mając prawie trzy lata? Ano NIC. Udało mu się w życiu skończyć studia, nawet niejeden kierunek. Mając pięć lat, sam czytał i liczył, z jego IQ też wszystko ok.
Tak sobie myślę, że trzeba wyluzować, pozwolić dzieciom rozwijać się w ich własnym tempie. Jasne, obserwować, konsultować wątpliwości, być czujnym, żeby nie przegapić prawdziwych problemów. Ale bez przesady. Bez ciągłych porównań. I bez robienia wielkiego halo z każdej pierdoły. W końcu czy ktoś patrząc na nas, może powiedzieć, kiedy zaczęliśmy siadać na nocnik, mówić czy chodzić?


wtorek, 18 czerwca 2013

To jednak jest mój syn

Ostatnio było o tym, że Tymulec w ogóle nie jest do mnie podobny. Otóż dziś utwierdziłam się w przekonaniu, że jedna rzecz nas jednak łączy. Jedzenie, a właściwie smaki. Synu uwielbia owoce. Zjada wszystko, bez opamiętania. Nawet kwachowate truskawki mu nie straszne. Otrzepuje się wprawdzie prześmiesznie, ale zaraz żebra o następną. Kocha winogrona - zupełnie jak ja :) Warzywkiem też nie pogardzi, i to na 100%  ma po mnie, bo małżon mój nieszczególnie warzywny.
Dziś jednak zyskałam pewność, że to naprawdę, na bank moje dziecko i żadna szpitalna podmiana nie wchodzi w grę. A to za sprawą... bryndzy. Owczej. Bryndza jak wiadomo ma raczej ostry smak i pewnie nie każdemu dziecku podejdzie. Ponieważ jednak synu domagał się tego samego, co jadła mamusia, posmarowałam mu kanapkę bryndzą. Bryndza została podejrzliwie nabrana na paluszek, wsadzona do pycha i... Tymul oszalał. Zlizał wszystko w tempie ekspresowym, wyżebrał więcej, pożarł i począł dalej żebrać o dokładkę. Musiałam ją przed nim schować, bo niechybnie wpierniczyłby całą paczkę, a to przecież słone jak cholera.
Cóż. Jeszcze chwila, a zacznie nam wyżerać ser pleśniowy z lodówki, że o zapijaniu go winkiem nie wspomnę...

piątek, 7 czerwca 2013

Dwulatek

To niesamowite, że mamy w domu dwulatka. Pamiętam, jak przywieźliśmy go ze szpitala. Maleńkie zawiniątko na wielkim łóżku. Kot podejrzliwie powąchał mu główkę i uciekł. Pamiętam te nie do końca otwarte oczka, maleńkie stópki i rączki, zgięte nóżki... Kiedy czasem przy robieniu porządków natknę się na jakieś ubranko w rozmiarze 56, nie mogę uwierzyć, że nasze dziecko było TAKIE MAŁE.
A teraz... Biega, szaleje, woła: Mamooo!, uroczo składa usta w dzióbek, żeby dać buziaka (oczywiście nie za często, niech sobie rodzice nie myślą!). Razem ze mną sprząta, udaje że pije kawkę...
Czasem wydaje mi się taki duży, samodzielny. Czasem jednak jest jeszcze malutkim dzieckiem. Kiedy się czegoś przestraszy i obejmuje mnie rączkami za szyję. Kiedy jest śpiący i chce się tylko tulić. Kiedy się uderzy i przybiega po pocieszenie.
Jest w dwulatku jakieś, nomen omen, rozdwojenie. Jest taki mały - duży, na pół dzidziuś, a na pół chłopczyk. Coraz bardziej niezależny, a jednak wciąż przyklejony do rodziców. Już taki mądry, a jednak jeszcze taki głupiutki. Czasem słodki jak cukiereczek, a czasem gorzki jak piołun ze swoimi wściekami i histeriami.
Myślę sobie, że trzeba się cieszyć tym dziwnym, dwoistym czasem. Bo wkrótce dzidziuś zniknie, a pozostanie tylko duży, niezależny chłopczyk...

piątek, 17 maja 2013

Daleko pada jabłko...

No właśnie - wbrew przysłowiu jabłka czasem padają baardzo daleko. Fizycznie mój syn w ogóle nie jest do mnie podobny. Nic a nic. Ani z oczu, ani z włosów, koloru skóry, układu twarzy - no nic normalnie. Aż mnie to czasem wkurza :)
Ale jest też między nami jedna śmieszna różnica - że tak to ujmę, temperaturowa. Mnie jest wiecznie zimno. Kiedy wstaję rano, zakładam NATYCHMIAST bluzę i skarpetki, nawet jeśli w domu jest ogólnie ciepło. Uwielbiam się przykrywać w nocy. Jeszcze lepiej - zawijać szczelnie w kołdrę. Najlepiej z głową. Nawet w lato lubię się czymś przykryć, choćby cienkim kocem.
Co innego Tymul. On rano po wstaniu po pierwsze ściąga spodenki, żeby mieć gołe nogi. O skarpetkach w domu nie ma mowy, nawet w zimie. Najchętniej w ogole latałby goły, ale mamusia zmusza go do noszenia bodziaka albo koszulki. W nocy musi spać odkryty. Całkiem. Kiedy tylko poczuje na sobie kołderkę, wykopuje ją z furią, jęcząc przy tym przez sen. Kiedy już się wykopie, uspokaja się szczęśliwy. Żadne zimno mu niestraszne.
Ech, czy to aby na pewno mój syn? ;)

środa, 15 maja 2013

Babcia

Nie wiem czemu, ale mam w głowie taki obraz: siwa staruszka, uczesana w koczek, dobrotliwie częstująca wnuczki czekoladą albo siedząca w bujanym fotelu i robiąca na drutach :) Nie wiem czemu, bo moja własna babcia (ta bliższa mi - mama mamy) nie ma z tym obrazkiem nic a nic wspólnego...
Moja babcia była niekonwencjonalna. Mała brunetka w szpilkach, zawsze starannie uczesana. Paliła jak smok i wypijała hektolitry kawy, którą uwielbiała. Miała trzech mężów, a za ostatniego wyszła już po sześćdziesiątce. Za młodu przepłynęła wpław Wisłę, mam też Jej przedwojenne zdjęcie, na którym jest na nartach... w spódnicy. Kochała Kraków i góry - wszystkie, ale najbardziej Tatry. Pamiętam jeszcze brązowe "pionierki", w których chodziła w góry, zresztą do starości. Zaraziła mnie tą miłością, uwielbieniem dla widoków, przestrzeni, skał.
Umiała zarażać - swoimi zainteresowaniami, przekonaniami, entuzjazmem. Była osobą pełną uroku, która przyciągała do siebie ludzi, choć nie miała wcale łatwego charakteru. Raczej włoski temperament, ze skłonnością do ognistych awantur.
Kiedy dziś ją wspominam, myślę sobie, że kochała życie i sama była jego uosobieniem. Chyba dlatego tak uwielbiała maj, z najbujniejszą trawą, z kwiatkami, bzem, tysiącem zapachów. W maju życie aż kipi, tak jak kipiało w niej samej. Uwielbiała też nowe życie - dzieci, kurczątka, kaczuszki, szczeniaki... Zachwycała się jak dziecko :) Pamiętam jak specjalnie dla mnie kupiła na Kleparzu malutką żółtą kaczuszkę (żywą rzecz jasna) i hodowała ją na balkonie w bloku na 6 piętrze. Kiedy kaczka osiągnęła odpowiedni wiek, należało ją niestety uśmiercić i zjeść, i tu oczywiście był dramat... Dziś wydaje mi się to tak absurdalne, że aż ciężko uwierzyć, ale świetnie oddaje osobowość mojej Babci.
Co roku wspominam ją właśnie 15 maja, w jej imieniny, tak zwaną "zimną Zośkę", choć w tym roku na szczęście pogoda przeczy tej nazwie. Nie 1 listopada, kiedy za oknem dominuje szarość, nie zimą, w rocznicę śmierci, ale właśnie w samym środku zielonego, kipiącego życiem i pachnącego bzem maja, który tak kochała.
I tak żałuję... Że nie zdążyła poznać mojego męża i zachwycić się moim małym synkiem. I że oni nigdy nie poznają Jej.

środa, 17 kwietnia 2013

Dr Jekyll i Mr Hyde

Mieszkają obecnie u mnie w domu, pod postacią małego, uroczego chłopczyka. Obecnie dr Jekyll śpi grzecznie w łóżeczku i wygląda nieopisanie słodko. Ciut wcześniej tulił się do mnie, głaskał mnie po ręce i uśmiechał się najpiękniejszym uśmiechem świata. Cała ta słodycz nie przeszkodziła mu kilka godzin wcześniej zamienić się w nieznośnego bachora, który wywalił wszystkie gary ze zmywarki, bo przecież mamusia powinna zajmować się nim, a nie jakimś głupim sprzątaniem, następnie owej mamusi pobić i podrapać, wybiec z rykiem z kuchni i z całej siły trzaskając drzwiami zamknąć się w pokoju. Kiedy próbowałam do tego pokoju wejść, wypchnął mnie i trzasnął raz jeszcze, dbając o odpowiednie natężenie huku.
Mr Hyde jest też świetny w wystąpieniach publicznych. Na ten przykład przy okazji Wielkiej Soboty i święcenia koszyczka zdenerwował się, bo chciałam, żeby chwilę zaczekał w jednym miejscu i na znak protestu zaległ dokładnie w wejściu do kościoła. W pozycji leżenia krzyżem, twarzą do podłogi. Cóż, przynajmniej wpisał się w klimat. Widok stanowił niezapomniany, jednakowoż troszkę przeszkadzał ludziom w przemieszczaniu się, musiałam go więc pozbierać, co oczywiście wywołało odłos z paszczy o odpowiednim natężeniu.
I tak codziennie. Awantury o wszystko, siadanie na chodniku i wycie, wycie, wycie. Bunt dwulatka dopiero się zaczyna, a ja już mam dosyć. Już brak mi cierpliwości i siły, więc nie wiem, co będzie dalej. Dziś miałam ochotę też trzasnąć drzwiami, zostawić potomka i wyjść. Zaszyć się w jakiejś dziurze i przeczekać. Tak z rok. Aż minie bunt dwulatka :)

piątek, 29 marca 2013

Daj palec...

Mam mentalny problem z Cyganami. Miałam jakieś 18 lat, kiedy zostałyśmy z koleżanką napadnięte przez Cyganów w Szczawnicy, przy wąwozie Homole. W biały dzień, blisko południa. Usiłowali nas okraść i pobić, na sczęście szli inni turyści i ich przestraszyli, bo nie wiem, jak by się to skończyło. Od tej pory nie ufam Cyganom, nie lubię ich po prostu, choć wiem, że to pachnie rasizmem.
Dlatego gdy dziś zapukała do moich drzwi Cyganka, nie byłam zachwycona. Ale była w ciąży, mówiła że chce jakiegoś jedzenia. OK, poszukałam, nie znalazłam zbyt wiele, bo w tym roku nie robiłam jakichś dużych zakupów na święta. Dałam co miałam. Zaczęła mnie pytać o jakieś rzeczy dla dzieci, ciuchy dla siebie, ręczniki, pościel, miski. Poszukałam, znalazłam ręczniki, których nie używam, prześcieradło, wyszperałam też trochę malutkich ciuszków i becik. Resztę trzymam dla znajomych, a może i dla siebie, kto wie. Becik nówka, znalazł uznanie, ciuszki w dobrym stanie, spoko.
Za chwilę jednak prześcieradło okazało się nie takie, zaczęła mnie pytać, czy nie mam innego. Na jednym ręczniku znalazła jakąś plamkę. Więc ręcznik też nie taki. Bo czy ta plamka to zejdzie? Mówię jej, że nie wiem. Że dałam co miałam. A może mam inny, bez plamki? A może mam komplet pościeli? A naczynia? A daj, daj, daj. Robiła się coraz nachalniejsza.
Stwierdziłam, że mam dość. Powiedziałam, że nic więcej nie mam i do widzenia, nie mam czasu. Zamknęłam jej drzwi przed nosem.
Podejrzewam, a właściwie jestem pewna, że mój becik jutro albo za tydzień będzie wystawiony przy jakimś targu. Kup pani becik, kup pani. Ręcznik kup pani, świetny ręcznik. Pościel kup pani.
I nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek wspomogę Cyganów, czy też, jak nakazuje poprawność polityczna, Romów. Bo cokolwiek im dasz, nie usłyszysz "dziękuję". Usłyszysz za to, że mało, że nie takie, bo w końcu kto od niej potem kupi ręcznik z plamką? Jak w przysłowiu: daj palec, a odgryzą Ci rękę.

czwartek, 21 marca 2013

Skorupa

To się działo powoli. Stopniowo, cicho i zupełnie niezauważalnie. Żyłam sobie przez dwa lata, nieświadoma niczego, a skorupa mnie obrastała. I może jeszcze przez jakiś czas bym wcale nie wiedziała, jak bardzo się w niej chowam, gdyby przedwczoraj nie uchyliły się przede mną drzwi do nowego. Właściwie drzwiczki. A było tak. Pojechałam do mojej pracy cośtam załatwić i zupełnym przypadkiem, podczas luźnej rozmowy, dowiedziałam się, że jest kurs angielskiego dla pracowników. O kursie językowym marzę, odkąd jestem na wychowawczym, bo to jakiś kontakt z ludźmi, do tego oczywisty pożytek. Brakowało jednak na to kasy, wiadomo. A tu kurs za darmo.
- Fajnie, szkoda że nie dla mnie - powiedziałam.
- A co Ci szkodzi spytać, może się załapiesz.
No to poszłam, spytałam. I okazało się, że owszem, dla mnie chyba też. I że musiałabym przyjechać na test, żeby się zakwalifikować na jakiś konkretny poziom.
Najpierw euforia - wreszcie, wreszcie coś się dzieje. Idzie wiosna, idzie nowe, idą jakieś możliwości!
A potem... Potem dała o sobie znać skorupa. Przyszły wątpliwości. I strach. Jakiś taki dziwny, irracjonalny. Bo tam będą ludzie i trzeba będzie przy nich mówić po angielsku. A mój angielski koślawy. Bo dwa razy w tygodniu, a ja mam zlecenia. Chyba nie dam rady. I młody - a jak się pochoruje? Nie, nie, to bez sensu. I jeszcze ten test. Przecież nic nie pamiętam, pewnie się dostanę na jakiś niski poziom, a potem nic się nie nauczę. Dam sobie spokój! Tak, tak będzie lepiej. Ulga.
Zostanę w domu. W moim bezpiecznym światku pieluch, sprzątania, spacerków i obiadów. Po co wychodzić? Że chciałam do ludzi? No chciałam, ale właściwie... Nie idę!
Następnego dnia zobaczyłam rano słońce. Słońce zawsze daje mi kopa. I nagle uświadomiłam to sobie. Że jeszcze trochę i zamknę się głębiej, szczelniej. Że za chwilę będzie mi zbyt ciężko z tej cholernej skorupy wyjść. Że sama odbieram sobie szansę. Teraz taką, a jutro? Jutro nie pójdę na rozmowę kwalifikacyjną, nie podejmę nowej pracy, wystraszę się nowych wyzwań.
Zmiana decyzji. Szybko, jeszcze zdążę na ten test. Zadzwonić do mamy. Nie odbiera. Zawaliłam. Odbierz, no odbierz...
W końcu się udało. Dotarłam, napisałam. Okazało się, że całkiem sporo pamiętam, że nie jest tak źle. Odniosłam mały sukces. Powoli wychodzę z mojej skorupy. Jeszcze trochę i zrzucę ją całą!


środa, 13 marca 2013

Poczytaj mi, mamo!

Lubię czytać. Książki, gazety i czasopisma - niczym nie pogardzę. Czytam od dziecka, pierwsze poważniejsze pozycje (Zew krwi Londona chociażby, bo w takie północne klimaty szłam na początku) zaczęłam czytać w wieku lat ośmiu. A potem już poszło. W ogóle zresztą uwielbiam książki i prasę, w sensie, że tak powiem, fizycznym. Uwielbiam ten charakterystyczny zapach farby drukarskiej i papieru, dotyk kartek. Zawsze najpierw wącham nową książkę, takie mam małe skrzywienie :)
W związku z tym naturalne dla mnie było, że mój syn będzie uwielbiał książeczki, że będę mu je kupować i czytać. Wyobrażałam sobie, jak mu czytam Brzechwę, Tuwima, jak zmieniam głos, żeby go bardziej zaciekawić. Nie mogłam się wprost tego doczekać.
I co? I... nie będę się wyrażać. Synu mój czytanie książeczek ma w nosie. Owszem, pooglądać czemu nie, kartki poprzewracać, a jakże, na obrazki popatrzeć. Pokazywać paluszkiem sto razy to samo i słuchać, jak mama mówi, co to takiego - bardzo proszę. Posłuchać, jak matka czyta - nie ma szans. Najmniejszych. Zabiera się i idzie albo wyrywa mi książkę z ręki i szybko przewraca kartki.
No cóż, pozostaje mi mieć nadzieję, że na czytanie przyjdzie jeszcze czas, że młody do tego po prostu dorośnie. I że jeszcze czekają nas wspólne chwile z książką. Wiele takich chwil.

niedziela, 10 marca 2013

Samotność w sieci


Nie, nie będzie o pewnej znanej wszystkim książce. O matkach będzie. O mnie między innymi. Kiedy urodził się Tymulec, po pierwszym zachwycie nad nowym człowiekiem przyszła codzienna rutyna. Mąż do pracy, ja w domu z małym. Noszenie, przewijanie, cycanie, noszenie, cycanie, znowu przewijanie, cycanie. Spacery ciągle po tych samych ścieżkach. I tak w kółko. On i ja.
Nagle bez wychodzenia do pracy. Bez codziennego pośpiechu. Bez biegu na przystanek. Bez żartów przy czajniku, kiedy się w robocie czekało, żeby zrobić sobie kawę. A potem wypić. Ciepłą. Bez opowieści dziwnej treści o poranku. Co tam w domu – co mąż, a co kot.
On i ja. Sami. I właściwie nikogo obok na tym samym etapie. Bezdzietni znajomi dają radę – nie zapomnieli, ale... Oni mają inne życie. Życie, które nagle dla mnie stało się abstrakcją. Wyjazdy na weekend, wychodzenie z domu, imprezy, kino. U nas wyjść na początku było jak na lekarstwo, bo nie bardzo miał kto zostać z małym. Z Tymkiem u znajomych też w którymś momencie zaczęło być ciężko – wył jak opętany, więc spędzałam czas w cudzej sypialni z dzieckiem uwieszonym przy cycu.
Aż pewnego dnia odkryłam blogi innych mam. A tam – „Mam wspaniałego męża, cudowne, zdrowe dziecko, dlaczego, do cholery, czuję się taka samotna?”, „Brakuje mi koleżanek, tak ciężko się umówić, spotkać i pogadać o pierdołach”, „Czekam z dzieckiem na rękach przy drzwiach, aż mąż wróci z pracy”. Boże, to nie tylko ja tak mam? To nie tylko ja ukradkiem wyglądam przez okno, czy już idzie? Nie tylko ja wściekam się, jak się spóźnia, bo wydaje mi się, że jeszcze chwila, pół godziny i oszaleję? Nie tylko ja mam wrażenie, że mam coraz mniej do powiedzenia i niedługo chyba stanę się niezdolna do jakiejkolwiek konwersacji? Nie tylko ja jestem bliska zaczepiania ludzi na ulicy, żeby pogadać z kimś dorosłym?
Ano okazuje się, że nie. Okazuje się, że choć w realu rzadko się o tym mówi i nie każda się do tego przyznaje, to bardzo powszechne zjawisko. Matka-Polka jest samotna.
To chyba znak naszych czasów. Prawie nie ma już wielopokoleniowych rodzin, mieszkamy w blokach, nie znamy naszych sąsiadów, każdy żyje swoim życiem. Kiedyś było inaczej ­– dzieci wychowywało się wspólnie, wszyscy się znali, zawsze ktoś przyszedł, spojrzał, pomógł. Były babcie i ciocie – wspólnota kobiet. Dziś często jedynym miejscem, w którym możemy znaleźć radę, pocieszenie, czy choćby przeczytać: „ja też tak mam!”, jest internet. Babskie blogi, fora – nasze współczesne wspólnoty. Nie pomogą nam zająć się dzieckiem, nie zapewnią bezpośredniego kontaktu, wspólnej kawki, ale... Może dzięki nim matka-Polka poczuje się choć trochę mniej samotna.
Ze mną tak było.

piątek, 8 marca 2013

Jak dobrze zacząć dzień?

Można na przykład poprosić Ulubionego Męża, który dziś pracuje z domu, żeby przejął potomstwo o poranku, dając matce jeszcze pospać. Mąż ochoczo się zgadza, odwracam się więc na drugi bok i drzemię.
Jak przez mgłę dochodzą do mnie piski młodzieży, szum czajnika, stukanie talerza. Robi śniadanie, jak cudnie... Odpływam na moment w niebyt, po czym dochodzi do mnie warkot młynka (a młyn nasz ma dźwięk potężny). Robi mi kawę - pełnia szczęścia. Znów odpływam...
Nagle drzwi otwierają się z hukiem:
- Szybko, wstawaj!!! No szybko, pomóż mi!
Usiłuję jakoś wrócić z błogostanu do brutalnej rzeczywistości:
-Aaale... so się stało?
- No nie widzisz?! Jest cały obesrany, a ja mam rękę w gównie!
Nie widzę, śpię przecież. Otwieram oczy na siłę. Rzeczywiście, kupa wdzięcznie wypływa spod bodziaka. Przejmuję syna, który na tę okoliczność zamienia  się w skrzyżowanie człowieka-gumy z człowiekiem drewnem, czyli najpierw wygina się w jakiś dziwaczny mostek, a następnie zastyga w tej pozie, skutecznie uniemożliwiając mi czynności higieniczne. Staram się nie udusić własnego potomka i powstrzymać słowa, które mi się cisną na usta.
W końcu jakoś udaje się nam opanować sytuację i Tymul zostaje zapakowany w czystą pieluchę i czystego bodziaka. Idziemy do kuchni, a tam... kot z zadowoleniem zlizuje masło z kanapeczek przygotowanych przez małżona.
A miało być tak pięknie!

czwartek, 7 marca 2013

Dwadzieścia jeden miesięcy temu...



Dwadzieścia jeden miesięcy temu, dokładnie o 8 rano, zmieniło się moje życie. Wydawało mi się, że jestem na to przygotowana. Teraz myślę, że nie byłam, bo nie da się przygotować na bycie mamą, szczególnie na pełny etat.
Mam najcudowniejszego synka na świecie. Dzięki niemu uwierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia :) Uwielbiam jego włoski, które wyglądają jak puszek małej kaczuszki. Uwielbiam jego zapach. Uwielbiam, kiedy się chichocze albo z groźną minką grozi paluszkiem kotu, który ośmielił się wyciągnąć łapę w jego stronę. Uwielbiam, jak woła: mamoooo! albo nieudolnie usiłuje mnie pocałować. Często chciałabym zatrzymać chwilę. A jednak... Nie spodziewałam się, że to będzie aż tak trudne. Że tak często będę myśleć, że jeszcze chwila i oszaleję. Że będę chciała „wsiąść do pociągu byle jakiego...” i uciec. Byle dalej. Że będę płakać z bezsilności w pluszowego misia. Wreszcie – że będę się czuła taka samotna.
Teraz dojrzałam, żeby o tym wszystkim napisać. O słodkich i gorzkich aspektach bycia mamą, o moich radościach i frustracjach. Po części chcę też zatrzymać te najfajniejsze i najważniejsze chwile, o których tak szybko się zapomina. Dla siebie. I dla Niego.