Lubię czytać. Książki, gazety i czasopisma - niczym nie pogardzę. Czytam od dziecka, pierwsze poważniejsze pozycje (Zew krwi Londona chociażby, bo w takie północne klimaty szłam na początku) zaczęłam czytać w wieku lat ośmiu. A potem już poszło. W ogóle zresztą uwielbiam książki i prasę, w sensie, że tak powiem, fizycznym. Uwielbiam ten charakterystyczny zapach farby drukarskiej i papieru, dotyk kartek. Zawsze najpierw wącham nową książkę, takie mam małe skrzywienie :)
W związku z tym naturalne dla mnie było, że mój syn będzie uwielbiał książeczki, że będę mu je kupować i czytać. Wyobrażałam sobie, jak mu czytam Brzechwę, Tuwima, jak zmieniam głos, żeby go bardziej zaciekawić. Nie mogłam się wprost tego doczekać.
I co? I... nie będę się wyrażać. Synu mój czytanie książeczek ma w nosie. Owszem, pooglądać czemu nie, kartki poprzewracać, a jakże, na obrazki popatrzeć. Pokazywać paluszkiem sto razy to samo i słuchać, jak mama mówi, co to takiego - bardzo proszę. Posłuchać, jak matka czyta - nie ma szans. Najmniejszych. Zabiera się i idzie albo wyrywa mi książkę z ręki i szybko przewraca kartki.
No cóż, pozostaje mi mieć nadzieję, że na czytanie przyjdzie jeszcze czas, że młody do tego po prostu dorośnie. I że jeszcze czekają nas wspólne chwile z książką. Wiele takich chwil.
droga Pengu. ja miałam dosyć czytania już w drugim roku życia mojego dziecka.powtarzanie po tysiąckroć tych samych bajek i wierszyków. Do tej pory jestem chora kiedy biorę do ręki książeczki dla dzieci.Ale kiedy przypomnę sobie kiedy moje dziecko było takie maleńkie i stawiało pierwsze kroczki....i kochało mnie bezwarunkowo...mmm cudowne wspomnienia..No i po kilkunastu latach wcale nie jest łatwiej...niestety. to chyba nie nastąpi nigdy
OdpowiedzUsuń